Ubrałem się i wyszedłem na śniadanie, schodząc po schodach widziałem, że właścicielka pensjonatu coś czytała.
- Ohayo gozaimasu / Dzień dobry
- A, ohayo „Mister” , Dozo [wskazała ręką na kanapę] (dozo – proszę)
- Arigato [ hehe niech będzie i „mister” :D ]
Kobieta włączyła mi telewizor [dość sporych rozmiarów plazmę] ustawiła jakiś program dla dzieci, służący do nauki angielskiego [z czasem myślę, że trochę te poranne programy trochę mi pomogły ;) ]
Po śniadaniu zaraz jak wyszedłem (około 10:00), postanowiłem, że pierwsze co to idę do sklepu kupić coś do jedzenia ;D bo „śniadaniem” to się za bardzo nie najadłem [ Jajko na twardo, 2 grzanki + mały kubeczek kawy ]
O.K. mam plecak, w którym mogę trzyma słowniki i kamerę, to w końcu mogę zacząć zwiedzać naprawdę ;)

Postanowiłem tyle chodzić, żebym stracił orientację w terenie. Bocznymi uliczkami szedłem w kierunku dworca, skręcałem w każdą uliczkę, wchodziłem do różnych sklepów [czasami tylko po to, żeby posiedzieć w chłodnym miejscu, bo jak zwykle upał jest ;/ ] Nie ważne ile czasu chodziłem po okolicy, to i tak po chwili zauważyłem coś, co już „znam” i od razu wiedziałem gdzie jestem ;/
Postanowiłem iść do świątyni (Kasuga), w której pożegnałem się z państwem Furokatta [Spory las, w którym była świątynia. A od świątyni drogi rozchodziły się w każdą stronę] Pomyślałem, że w lesie to się zgubię na 100%
Doszedłem bez problemu, poznałem drogę bez problemu, bo z każdej strony tuż przy drodze stoją małe latarnie [ bardziej wyglądały jak betonowe lampiony ;) ] Przypadkowo zaczepiona dziewczyna powiedziała mi, że tych latarni jest około 4 000, i spora część jest „używana” podczas święta, które będzie na początku sierpnia.
[jakby co ;P, dla niektórych "asów" te latarnie nie były podłączone do prądu, tylko wkładają do nich świeczki – taka trochę nudna robota do czternastu tysięcy latarni wrzucić i zapalić świeczki ;D ]
Doszedłem do świątyni, ale już do niej nie wchodziłem, poszedłem dalej w las. Trochę dziwnie się chodziło po tym lesie, miałem wrażenie, że gdyby nie było tych ścieżek, to chodzenie po lesie byłoby niemal niemożliwe, no chyba, że ktoś nie ma arachnofobii i ma gdzieś wielkie gęste krzaki ;)
Chodząc po lesie między różnymi sklepikami, kawiarniami i barami (na które nie było mnie stać ;D) [debil ze mnie, mogłem lecieć na 5 tygodni, to bym miał więcej kasy dziennie do wydania ;/ ] Natrafiłem na coś dziwnego, w miejscu gdzie nie było żadnych sklepików, czy barów [właściwie nie było niczego oprócz drzew i kilku tysięcy latarni ;] stał jeden pojedynczy budynek [hahaha!! nie mogę kibel! w lesie !! :D] [żeby jeszcze było śmieszniej, podzielony na damski i męski ;D ]
Doszedłem do końca drogi, wyszedłem z lasu na jakąś ulicę, i kieruję się w jednym kierunku [mniej więcej cały czas w przeciwnym kierunku do mojego „hotelu”]
Po drugiej stronie ulicy, już się zaczynało miasto, ale nie wyglądało tak jak u nas na wsi czy miastach (przy lasach).
Chodniki było idealnie położone, co jakiś czas mała alejka prowadząca do domów [nie wiem czemu zwróciłem na to uwagę, ale utkwiło mi to w pamięci, a ciężko to opisać, jak to dokładnie wyglądało]
Doszedłem na koniec miasta, bo widziałem jakiś drogowskaz, ze do następnego miasta jest 10km. Ale poboczem już nie można iść, bo nie ma żadnej dróżki, w ogóle „pobocza” nie ma [no ładnie, chyba na nic się zdały plany w domu, że będę jak najwięcej podróżował pieszo, żeby zaoszczędzić na drogich kolejach]
Coś koło 16:00 / 17:00 kierowałem się w kierunku centrum [ ku mojemu niezadowoleniu, drogę znalazłem bez najmniejszego problemu] [ee…. Jutro będę musiał coś wykombinować, żeby się zgubić ;/]
Zaciekawiły mnie okrzyki ludzi, które dochodziły gdzieś w okolicy stawu, doszedłem do jednej z bocznych uliczek i widzę fajnie ubrane dzieciaki, szli w rządku i na sznurach ciągnęły za sobą jakąś platformę [nie wielka, ale zawsze ;D poza tym nie mam pojęcia po co to wszystko ;D]
[Wiem mogłem się zapytać kogoś, ale jakoś nie czułem się pewnie, jak sam miałem kogoś zaczepić i porozmawiać (tak to jest, jak się leci gdzieś, a nie zna się żadnego języka obcego =='']
Doszliśmy do jakieś fontanny, gdzie jakiś gościu wylewał na każde dziecko wiadro wody ;D [ no może wiaderko, nie było to zbyt wielkie wiadro ] [ja niestety tego nie nakręciłem, bo jak już wspomniałem wcześniej nie miałem przejściówki do gniazdek japońskich, i musiałem oszczędzać baterię w kamerze ;( a nigdzie w sklepach w Nara nie mogłem tego znaleźć ]
Wiedząc jak wyglądają śniadania, postanowiłem zrobić sobie jakieś zapasy [oczywiście zupki ”chińskie” / w tym wypadku japońskie ^^, w sklepach jest tego masa, jest tyle rodzajów, że ciężko opisać jakikolwiek ;D, z jakimiś kotletami, rybą, krewetkami, z sosem, normalne „zupki chińskie” – tylko, że wszystko w gotowych miskach / kubkach]
Kupiłem sobie 2 wielkie miski „Ufo” [ok. 250-300 Y za naprawdę dużą michę] co wyglądało na zdjęciu jak spaghetti, i jakiś „gorący” kubek ;], i 2 kartony herbaty ;D.










[polecam mrożone herbatki w litrowych kartonach, kosztują 150 – 250 Y = 3 zł / 5 zł , ale jak na ceny żywności w Japonii, to bardzo się opłaca (mała puszka coli 100-150 Y zależy od automatu, a co śmieszniejsze !! automaty z napojami są niemal wszędzie, a ceny są różne, czasami znalazłem 0,5 litrową puszkę Coli za 100 Y ;D- ale to graniczy z cudem) ]
Podchodzę do kasy
- irasshaimase / (Witam, zapraszam) mówi kłaniając się [i tak do każdego klienta wchodzącego do sklepu, i później podchodzącego do kasy, ach ta uprzejmość Japończyków ;D]
- Konnichiwa ;)
- Doko kara kimashita ka ? (skąd jesteś ?) [na szczecie parę zwrotów wkułem na blachę ;D przed wyjazdem ;) ]
- Watashi wa Porando kara kimashita
[ I jak zwykle „ochy” , „achy” i „sugoje” :D]
- Wstawić Ci te zupki ? [coś w tym stylu, trochę czasu mi zajęło rozszyfrowanie zdania ;D]
- wstawić ?
[Pokazał na automat z gorącą wodą przy kasie !!] [ beka, w sklepie mogę sobie zupkę "chińską" zrobić ;D ]
- Domo [podniosłem rękę jakby przecząc, miało to być coś w stylu „nie dziękuję” „nie trzeba” :D]
Nawet głupie wydawanie reszty wygląda „inaczej” niż u nas [wyciągam dłoń po resztę, i kasjer / kasjerka delikatnie chwyta moją dłoń i dają mi do ręki resztę (na paragonie) i tak za każdym razem.]
(nie to co w naszych sklepach, chamsko rzuci Ci resztę na tacę, o paragon nieraz trzeba się upomnieć, a o siatkach jednorazowych nie wspomnę)
Bym zapomniał, klient w sklepie nie pakuje do siatek swoich zakupów, robi to kasjer !! w dodatku jak podaje zakupy, to idealnie ułoży rączki od reklamówki, wystarczy lekko wystawić rękę, a sami „wkładają” siatkę do ręki – taka wygoda !! ]
Wpadam do pensjonatu, pogadałem chwile z właścicielką, Hiromi-san (tak miała na mię) była bardzo sympatyczna i rozmowna (może dla tego, że o wiele lepiej po angielsku śmigała?) [zdjęcie zrobione innym razem, ale dam teraz, żeby był „jej” obraz]
Dobra Godzilla, czas na drugie starcie, ale jak na złość robala nigdzie nie było, ani za pufami, ani pod stołem, łóżkami, pod plecakiem, nawet do śpiwora nie wlazła ;/ [może przyjdzie później jak żarcie poczuje?]
Okazało się, że „zupka” Ufo, to nie było spaghetti, tylko coś z krewetkami (jak się później okazało, to miałem rację przed wylotem, że jestem uczulony na krewetki ;( )
(...)




Jak ja lubię czytać te Twoje wspomnienia... Mówię Ci pisz książkę bo według mnie masz dar pisania.
OdpowiedzUsuńO rety, aleś zetresował tych pracowników w zielonych wdziankach...
OdpowiedzUsuńNie wiem jeszcze, co tam piszesz w następnych postach, więc może już wiesz: w wielu japońskich sklepach spożywczych (małych i dużych) są także samoobsługowe stanowiska do przyrządzania sobie na miejscu tego, co w sklepach tych zakupiłeś. Do wyboru masz na przykład: kuchenki mikrofalowe, takie niby czajniki bezprzewodowe z non-stop gorącą wodą, automaty z lodem. A w mini-marketach przy kasach na okrągło parują gotowce zanurzone w utrzymujących ukrop pojemnikach, wystarczy wskazać palcem i od ręki dostajesz gorący posiłek.